Na początku tej wspomnieniowej notki pozwolę sobie na trochę prywaty kierowanej osobistym sentymentem. Był rok 2002, zaczynałem liceum. W tym czasie słuchaliśmy wraz z przyjaciółmi bardzo dużo różnej muzyki, otwieraliśmy się na brzmienia choć dominował w nas duch młodocianego buntu (jej, jak to trywialnie brzmi…) i w głównej mierze kierowaliśmy do odtwarzaczy płyty punkowe, a gwoli ścisłości – najczęściej były to kasety (to taki dawny nośnik muzyki, urodzeni w późniejszych `90 mogą nie wiedzieć). W tym właśnie czasie została wydana debiutancka płyta łódzkiej grupy Cool Kids Of Death. Ja cię kręcę, ale nam to wtedy siadło… Podłapaliśmy emocje, bunt i wkurw, którym ociekała ta produkcja mimo, iż dopiero w późniejszych latach zrozumieliśmy w pełni sens i treści zawarte w tekstach Wandachowicza i Ostrowskiego. Ale w tamtym okresie liczyła się energia a tejże na albumie były nieskończone ilości.

Teraz mija 10 lat od tego debiutu, ja też już nie mam 16-tu lat tylko „dwadzieścia kilka”, czyli tyle ile goście z CKOD mieli wtedy. To brzmi górnolotnie ale ich płyta miała wtedy definiować tamtą generację, mówiono, że ją określiła. Jak to było? Co zostało z tego wszystkiego po tych dziesięciu latach?

Problem polega na tym, że niemal każde pokolenie ma podświadomą potrzebę ukonstytuowania się jako „generacja” i tychże powstawało wiele i będzie powstawać, nawet mimo tego, że coraz ciężej im znajdywać wspólne mianowniki. CKOD podpisywali się jako pierwsi na listach członkowskich „Generacji Nic”, zgodnie z tytułem jednej ich piosenek oraz stosunkowo głośnym artykułem ich basisty i tekściarza, Kuby Wandachowicza. Młodzi, wykształceni, ambitni i utalentowani czuli, że bardzo małe są ich perspektywy a system mający dać im szansę na lepsze życie robi ich w chuja. Mimo, że minęło 10 lat to tak naprawdę generacja ta okazuje się bardzo żywotna gdyż sytuacja tego pokroju ludzi się nie zmieniła, bynajmniej. Wkurwienie i kontestacja z debiutu Cool Kids Of Death wciąż aktualne. Acz nie wiem czy jest to tak naprawdę powód do radości, ale to tak abstrahując na marginesie…

Co takiego porwało ludzi w debiucie CKOD? Przecież bunt zawsze się przewijał przez muzykę, w Polsce także. Jednakże wykonawcy ze sceny punkowej rzadko wybijali się z undergroundu. Na czym więc opiera się siła Łodzian? Ano na tym, że oni z punkiem mają bardzo mało wspólnego tak naprawdę.
To jest wielki fenomen, że album nagrywany w mieszkaniu na 10-tym piętrze, domowymi metodami brzmiał tak niesłychanie świeżo. Biorąc pod uwagę, że chłopaki z zespołu wybitnymi muzykami nie byli. Bardzo dobrze i starannie zaprogramowana perkusja, wyraźne i wyeksponowane linie basowe i melodyjne gitary przemieszane z przesterowanymi – w tym wszystkim było jakoś więcej niźli w punk rocku. Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione czynniki, do tej pory nie mogę pojąć jak im się udało nagrać tak fajną i rewelacyjnie brzmiącą płytę. Muzycznie debiutancki selftitled CKOD bił wtedy wszystko na łeb i na szyję.
Druga kwestia – teksty. Było coś urzekającego w piosenkach tego zespołu. Z jednej strony wykształceni i błyskotliwi faceci śpiewają w prosty sposób o swoich emocjach i przemyśleniach związanych ze wszystkim dookoła. Jednakże robili to z taką finezją, że ludzie przez lata cytowali ich teksty w rozmowach czy opisach na Gadu-Gadu. Możliwe, że byli w tychże tekstach pretensjonalni – tak jak im zarzucano – ale prezentowali się z tym świetnie.
Album podzielono na część „Hate” oraz „Love” gdzie ta druga była może trochę bardziej emocjonalna, ale utrzymywała ducha tej pierwszej a końcowe „Uważaj!” to jest jedna z najlepszych piosenek „miłosnych” jakie znam.
Mało jest polskich płyt do których tak chętnie i często wracam jak do pierwszego albumu Cool Kids of Death właśnie. Jeśli kogoś ta płyta ominęła to polecam nadrobić zaległości. Można tego nie pokochać ale jest na tyle  interesujące, że nie przejdzie się obojętnie.
Szczerze polecam też bardzo ciekawy dokument o początkach działalności łódzkiej grupy:
część 1:
część 2:
część 3:
część 4:
część 5:
część 6: