Od czego by tu zacząć? Wade Wilson ma raka i jest skazany na śmierć. Ot zwykły najemnik w światku przestępczym dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chory. Kochająca go dziewczyna stara się go przytrzymać na duchu, ale sytuacja jest faktycznie niełatwa. Wade godzi się więc na pozarządowy program, który pozwoli mu na zwalczenie choroby, a oprócz tego nabędzie superbohaterskie moce. Głównym przedstawicielem tego projektu jest nikczemny Ajax, mający skądinąd na imię Francis („Jak mam na imię?!”), a jego „prawą ręką” Angel Dust – równie nikczemne babsko.

Wade jakimś cudem ucieka z tego programu, a złoczyńcy przez to się na niego wkurwiają i finalnie porywają Vanessę, jego ukochaną. Nie, to nie są spoilery – tego wszystkiego, drogi Czytelniku, dowiesz się z trailerów, które spoilują cały film na potęgę, niestety.

Dlaczego jednak Deadpool jest bohaterem, którego można bezgranicznie pokochać?

Wade w swoim kostiumie co rusz zwraca się bezpośrednio do widza, patrząc bezpośrednio w kamerę. Oglądający nie może czuć się zapomniany. Poczucie humoru jakie wykazuje Wade Wilson prosi się najczęściej o przysłowiowy „faceplam” – humor fekalny, nawiązywanie do popkultury i (co oczywiste) universum Marvela to standard.

W filmie pojawiają się X-Meni w reprezentacji Colossusa i Negasonic Teenage Warhead (cóż za ksywa?! To w filmie zauważa sam Deadpool). Colossusa niepokoi brutalność z jaką Wade ściga swojego oprawcę. Dlatego też wraz ze swoją uczennicą ruszają za Deadpoolem. W tym miejscu muszę nadmienić dwie kwestie związane z poczuciem humoru twórców filmu (i samego Deadpoola). Wade zwracając się do Negasonic cały czas nawiązuje do Sinéad O’Connor – co przez wygląd obu nie jest dziwne. Ponadto tekst pokroju „studia nie było stać na trzeciego X-Mana” udowadnia jak bardzo sam film śmieje się z siebie.

Bo jeśli chodzi o fabułę, to nie doznacie tutaj olśnienia – jest diabelnie przewidywalna i sama w sobie bezbłędna – zważając na konwencję. Sam Deadpool jednak przez swoje  do granic suche poczucie humoru i nieogarnione pokłady autoironii  jest antybohaterem idealnym – nie powierzylibyście mu dziecka do opieki. Nie zaprosilibyście go na wakacyjnego grilla ze znajomymi. Nie, ten facet to chodzący rozpierdol. I jest absolutnie skuteczny w swojej vendetcie.

Motyw niewidomej uzależnionej od koksu staruszki u której pomieszkuje, jak i barman z knajpy najemników to są także apetyczne smaczki. O indyjskim taksówkarzu nawet nie będę wspominać, bo kreacja takiej epizodycznej postaci mogłaby być wykładana na akademiach filmowych.

Filmowy Deadpool jest bezbłędny, po prostu. Do filmu nijak nie idzie się przyczepić, bo on sam w sobie (film?!) jest bardzo świadomy tego, czym jest.

Ja osobiście darzę wielką sympatią Deadpoola, który jest odtrutką na komiksy i kino superbohaterskie. To on z politowaniem spogląda na Colossusa, który ze swoimi prawilnymi nawijkami obrazuje standardy komiksowych i filmowych superbohaterów. Nudnych i politycznie poprawnych.

Tak więc tego: 10/10 (bez prawa apelacji)

P.S. Sceny walk, strzelaniny i typowa temu kinu sieczka – są bezbłędne i wspaniałe!