Już na samym wstępie powiem Wam, że tegoroczna filmowa Godzilla mnie zawiodła. Muszę też jednocześnie jednak powiedzieć, że niewątpliwie warto ten film obejrzeć, ale po kolei… Występuje tu pewien konflikt na poziomie relacji forma – treść. Już tłumaczę co mam na myśli. Po co wybieracie się do kina na film o wielkim potworze rodem z Japonii? Nie wiem jak Wy, ale ja wybrałem się właśnie po to by zobaczyć jak najwięcej potwora właśnie.

Tymczasem bardzo mało jest samej Godzilli w „Godzilli”. No ale kiedy już się pojawia, to robi wrażenie. Czy uznać zatem, że twórcy filmu postanowili ograniczyć nam możliwość rozkoszowania się monstrem, ale w zamian zaserwować fascynującą historię, która pozwoli na przeszywające dreszcze w momentach kiedy stwora nie ma na ekranie?
Cóż… Może i tak postanowili, ale gdzieś musieli się pieprznąć w kalkulacjach, gdyż scenariusz wraz z poletkiem postaci nie zachwyca. Na początku mamy retrospekcję (15 lat w tył), gdzie widzimy rodzinną tragedię Forda, głównego bohatera, podczas której ginie wskutek awarii japońskiego reaktora jądrowego jego matka, a ojciec następnie dostaje obsesji na punkcie ustalenia przyczyn katastrofy. W rolę matki wcieliła się Juliette Binoche, występując w filmie może około 5 minut. W gruncie rzeczy niewiele więcej zagrał Bryan Cranston w roli Joe Brody`ego, czyli jej męża. Natomiast Aaron Taylor-
Johnson
nijak nie nadaje się do roli twardego żołnierza. Bardziej przypomina bohatera z filmów typu „American Pie”, który mieszałby antydepresanty z kawą. Zresztą – przecież to człowiek, który grał Kick-Assa, a to dużo tłumaczy (to była rola dla niego wyśmienita). Wracając jednak do kwestii fabuły. Cała historia Forda jest mało istotna, mimo iż potwory zmierzają do San Francisco, gdzie mieszka wraz z żoną i synkiem. To było do przewidzenia: jakżeby mogła rodzina głównego bohatera w komforcie żyć, kiedy ten walczy z potworami? To oczywiście pytanie retoryczne.
Jeszcze bardziej aktorsko męczy Ken Watanabe jako Dr Szerizawa. Podobnie jego asystentka. I admirał okrętu. I żona Forda. I… Chyba jedyne sensowne „role” to dwa złe i niegodziwe potwory oraz jeden godziwy i szlachetny, czyli tytułowa Godzilla.
Skupmy się zatem jeszcze chwilę na tej właściwej fabule. Te złe potwory wszystko niszczą, jedzą nuklearne okręty podwodne, ponieważ żywią się promieniowaniem. Przybywa Godzilla, która ma „przywrócić równowagę”, co mówi wspomniany wyżej naukowiec swoim patetycznym głosem i z twarzą zbolałą nie gorzej niż Nicolas Cage w swoich najlepszych wcieleniach. Co chcą zrobić Amerykanie? To co we wszystkich katastroficznych filmach – odpalić ładunek jądrowy na potwory, które żywią się promieniowaniem! Na szczęście Godzilla zabija złe potwory i ratuje dzień. I nie jest to spoiler – to też jest do cna oczywiste. Godzilla jest tym dobrym i to jest jeden z aspektów dla których warto obejrzeć ten film. Do tego kilka naprawdę fantastycznych ujęć, kilku scen dla których kocha się filmy tego rodzaju – mimo, że nie ma ich dużo, ale te które są – wgniatają w fotel. Ogólnie dla samego tytułowego stwora. Bo wszystko inne w tym filmie jest naprawdę przeciętne.