Czasami rozpoznajemy postać, która w taki czy inny sposób stała się pewną ikoną popkultury. Można nie widzieć filmu „Gwiezdnych Wojen”, ale wiesz kim jest ten koleś ubrany na czarno w blaszanym hełmie i z ewidentnie zdiagnozowaną astmą. Podobnie ten niski, zielony karzełek z wielkimi uszami i we wdzianku niczym worek po kartoflach. Rozpoznajemy postaci i kojarzymy co reprezentują. Tak właśnie miałem z pociesznym, olbrzymim i futrzastym Totoro, którego uśmiech ma wdzięk kota z Cheshire. „Mój sąsiad Totoro” („Tonari no Totoro”) to jedno z najwybitniejszych dzieł w historii animacji i jedna z najładniejszych bajek jakie wyprodukowano. Dzieło na tyle wyjątkowe, że nie tylko dzieci przeżywają z uśmiechem na ustach losy bohaterów. Prawdziwy klasyk. I wiecie co? Łajza jestem, ponieważ pierwszy raz obejrzałem ten film dopiero wczoraj.

Dwie dziewczynki (8-letnia Satsuki i 4-letnia Mei) wraz z ojcem sprowadzają się na wieś do domu, który nie jest może pierwszej jakości: podniszczony, skrzypiący i wymaga gruntownych porządków. Japońska wieś zdaje się być istną arkadią a życie tam prawdziwą sielanką, mimo, że mieszkańcy też ciężko pracują w polu, ale wśród nich dominują pozytywne i przyjacielskie emocje. Tu na chwilę się zatrzymam. W tym filmie nie ma postaci negatywnych i czarnych charakterów. Wszelki konflikt potrzebny dla rozbudowania fabuły został zbudowany w inny sposób. Muszę to nadmienić z prostego względu – nie mam pojęcia kiedy minęło ponad 80 minut filmu… Imponującym jest sposób w jaki budowany jest nastrój i rozwój fabuły. Niby wszystko na spokojnie, ale świat przedstawiony wchłania do cna.

Totoro

No ale wróćmy do fabuły. Dwie siostry odkrywają w pobliskim lesie stwory, które to okazują im sympatię i pozwalają znaleźć się im na pograniczu rzeczywistości i snu. Granica między tymi światami jest bardzo wąska, a ojciec dziewczynek wcale nie przeczy istnieniu Totoro i jego kamratów (w tym Kotobusa – mojego osobistego faworyta). Totoro, wraz z innymi spośród leśnych stworów, zaprasza Satsuki i Mei do swojego świata, jak też pomaga im w kluczowym momencie filmu.

Muszę, będąc szczerym, przyznać, że nie znam dobrze całego dorobku twórczości Hayao Miyazakiego, twórcy filmu. Możliwe, że wtedy potrafiłbym więcej wyciągnąć z seansu. Myślę, że znając lepiej kulturę Japonii więcej bym też zrozumiał z genezy stworów jakie wykreował. Owszem, co nieco wiem o samurajach – swego czasu pisałem o komiksach z Usagim Yojimbo, królikiem-samurajem.
Natomiast mogę napisać to co widać, mianowicie – rewelacyjną animację. Myślę, że każdy ma swoje ulubione filmy i seriale japońskie. Ja np. uwielbiam „Hellsing” (zwłaszcza wersję „Ultimate”) a nawet tam wkradły się naleciałości anime w postaci przesadnie wielkich oczu czy kropel potu wielkości głowy (mam nadzieję, że kojarzycie co mam na myśli). „Totoro” jest pod tym względem czysty. Kreska i kolory – wyśmienite. Dynamika postaci – super.

anime-my-neighbor-totoro

To co jeszcze mogę dodać, to stwierdzenie, że to jest naprawdę mistrzowski film animowany, który rozgrzewa serce oglądającego. Ciepły, pozbawiony przemocy a równocześnie wciągający po czubek głowy. Nie dziwi mnie nawet stwierdzenie Terrego Gilliama, iż to najlepszy film animowany ever. Nie będę wchodził w takie dyskusje, ale faktycznie – to majstersztyk i obejrzeć trzeba. Nawet jeśli z taką obsuwą jak moja. Bezwzględnie POLECAM.