Siódmy sezon „Skins” to zupełnie nowa jakość – tak to sobie pozwolę nazwać. Wszystko dojrzało, bohaterowie ewoluowali, ciężko wklecić w tę dorosłą przestrzeń jointy, chlanie i ich niegdysiejszy hedonizm. W tym tygodniu ruszyła trzecia część, „Rise”, gdzie głównym bohaterem jest Cook. Ja tymczasem nadrobiłem zaległości i obejrzałem część drugą, „Pure”, gdzie króluje Cassie.

Cassie Ainsworth jest zdecydowanie jedną z najciekawszych postaci, jakie stworzono we wszystkich sezonach tego serialu. Niegdyś opętana żądzą autodestrukcji, imająca się prób samobójczych, niestroniąca od używek, permanentnie oderwana od rzeczywistości. A dziś? Stonowana, ujarzmiona przez życie, podobnie jak Effy w „Fire” (pisałem o obu częściach: 1 i 2).
Cassie miała swój świat, który był piękniejszy. Producenci pierwszego i drugiego sezonu mogli nie udźwignąć tak niebanalnej i neurotycznej bohaterki, ale im się to udało. W „Pure” natomiast zachowana wokół tej postaci tę oniryczną aurę, jaka ją otaczała, acz również postawiono Cassie bardziej na ziemi.
Jakob
Główny trzon akcji „Pure” opiera się na fanatycznym wielbicielu, który rzeczonej (ależ ja lubię to słowo!) robi zdjęcia i publikuje je na stronie internetowej. Nie będzie to spoiler, gdyż szybko się ujawnia ten fakt, że tym jegomościem jest Jakob, żydowski chłopak, który gotuje w kawiarni gdzie pracuje główna bohaterka. Po gwałtownej reakcji i wściekłości, Cassie godzi się być jego muzą. Ich relacja ma być zupełnie czysta (ang. pure). Problem w tym, że takie rzeczy się dzieją tylko w bajkach, a siódmy sezon „Skins” bajką nie jest.
Związek Cassie z Sidem był jednym z najciekawszych romansów pierwszej generacji „Skins”. Ale rzeczywistość jest odczarowana, pozbawiona magii pierwszych sezonów. Mike Bailey, odtwórca roli Sida, jest obecnie stolarzem w Australii – jak dowiedziałem się z Filmwebu. Ale nie tylko dlatego wątek ten nie powrócił. Po prostu losy niegdysiejszych nastolatków napotkały na swej drodze dorosłość, która w jakimś stopniu ich utemperowała.
Nie ma tu jakichś spektakularnych zwrotów akcji, zaskakujących fraz. Obserwujemy życie jednej z bohaterek pierwszych sezonów. Niby zostaje modelką, którą to opcję odrzuca po części. Wysypuje przez balkon kokainę na imprezie branżowej. Obrazowo, widać, że wszystko się zmieniło. Tak naprawdę cały siódmy sezon przeznaczony jest dla zatwardziałych miłośników serialu. Do których zresztą sam należę. Ale czy znajdą tam to co lubili w nim najbardziej?
Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałbym wspomnieć – „Pure” jest bardzo ładnie zrealizowane. Muzyka, zdjęcia. Producenci chcieli nadać serialowi trochę artyzmu i im się to udało. Efektem można się delektować. A Hannah Murray, jej oczy i spojrzenie – naprawdę robi wrażenie. Zresztą trochę się wybiła. Gra wszak dziewczynę puszystego Sama w „Grze o tron”.
Jako człowiek patrzący na życie kadrami z popkultury, jestem krztynę smutny, że została odczarowana aura tego serialu, ale czy z drugiej strony nie pokazuje on nam teraz prawdy o życiu? W którymś momencie tej całej tułaczki różowe okulary wszak muszą spaść.