Christopher Nolan zakończył swoją przygodę z Batmanem, zwieńczając trylogię długo oczekiwanym „The Dark Knight Rises”, ponad dwu i pół godzinnym rozliczeniem się wielbionego na całym świecie super-bohatera z samym sobą. No nie tylko, ale fakt faktem – Mroczny Rycerz musiał się trochę zastanowić nad sobą w filmie, a w tym czasie zamaskowany rzezimieszek robi sążnistą rozpierduchę w Gotham, w imię walki o równość na świecie i karę za szaleństwo kapitalizmu.

Mam wrażenie, że drugi film Nolana poświęcony Batmanowi„The Dark Knight” – był w gruncie rzeczy swoistym antraktem pomiędzy tym, co pokazał w pierwszej i właśnie trzeciej części, która w ogromnej mierze odnosi się do jedynki, odwołując się do Ligi Cieni, która chce walczyć z niesprawiedliwością na świecie i przywrócić światu równowagę, która została zachwiana poprzez niekontrolowany rozwój cywilizacji, konsumpcjonizm i wyrzeczenie się wolności. Tą właśnie – jego zdaniem – chce przywrócić mieszkańcom miasta Bane, pieczołowicie i ciekawie skonstruowana postać. Inteligencja, charyzma, potworna siła i słabość w postaci maski, którą musi nosić aby móc oddychać. I to nie jest jedyna słabość tego szwarc-charakteru.

Mroczny Rycerz najpierw musi upaść, aby móc się podnosić. Bruce Wayne jest fizycznym i psychicznym wrakiem, kiedy zaczynamy oglądać trzecią część nolanowej trylogii. Minęło 8 lat od śmierci Harvey Denta, zniknięcia Batmana i nieustannych rozterek komisarza Gordona, który widzi budowany pomnik zbrodniarza. Niemal wszyscy obecni w filmie bohaterowie namaszczeni są traumą, którą muszę przeżyć aby móc ruszyć dalej z miejsca. W ramach zapotrzebowania na psychoterapeutę, pojawia się Bane.

Film jest w kinach od kilku dni, niemniej nie chcę spoilerować tym, którzy jeszcze nie widzieli, a bardzo chcą zobaczyć więc zostawię już wszelkie dywagacje na temat fabuły tegoż.
Gra aktorska? Co najmniej (tylu naliczyłem) czworo aktorów z „Incepcji”: Tom Hardy (Bane), Joseph Gordon-Levitt (detektyw Blake), Marion Cotillard (Miranda Tate) i (tym razem raczej gościnnie) Cillian Murphy jako Crane – reżyser lubi sprawdzonych ludzi. Możliwe, że kogoś pominąłem i incepcyjnych jest w filmie więcej… Polubiłem Christiana Bale`a w głównej roli choć po pierwszej inkarnacji tego aktora jako zamaskowany mściciel, miałem bardzo mieszane uczucia. Teraz jednak stwierdzam, że nadał tej postaci duszę i charakter. Anne Hathaway jako Kobieta-Kot jest cwana, przesadnie pewna siebie i irytująca – innymi słowy: dobra kreacja aktorska. Alfred, którego stworzył Michael Caine to majstersztyk – nie sposób o tym nie wspomnieć. Gary Oldman, Morgan Freeman – tu też wiadomo, czego możemy się spodziewać. Reżyseria, muzyka (Hans Zimmer!) także nie zostawia wiele do życzenia. Poniżej pewnego poziomu taki twórca jak Nolan nie schodzi.

UWAGA! PATOS.
Otrzymujemy na tacy to czego mogliśmy się spodziewać: rewelacyjne, efektowne kino akcji z superbohaterem, który jest jednak takim samym człowiekiem jak i my, ze swoimi rozterkami i słabością.  Batman, którego przedstawia nam Christopher Nolan to podrasowany symbol pop-kultury, za pomocą którego dowiadujemy się, że wszystko co nas blokuje to my sami. Bohaterem Mroczny Rycerz staje się na nowo kiedy uświadamia sobie, że jego największym wrogiem stał się on sam. I ten nowy Batman uczy nas, że każdy z nas może być swoistym (no nie dosłownie, wiadomo) superbohaterem, jeśli będzie miał siłę przekroczyć własne ograniczenia celem walki o wyższe wartości. I to niby taki truizm, ale mało kto, jak mniemam, zdaje sobie rzeczywiście z tego sprawę. Wybaczcie ten patetyczny ton i pełen przesadnej egzaltacji „morał” i idźcie do kina bo film jest w pytę i rozrywki co nie miara, no.