Wyobraźcie sobie dwójkę młodych, zakochanych w sobie ludzi. Siedzą przy małym okrągłym stoliku, lampią się sobie wzajem w oczęta, mówiąc czułe słówka. W kawiarni panuje typowy półmrok, jest wręcz ciemno – typowe miejsce randkowe. Jakaś świeczucha nieśmiało coś przyświeca, co by wiedzieli gdzie mają głowy, kiedy zaczną się całować. Ok. Teraz wyobraźcie sobie, że podczas tej iście sielankowej i romantycznej chwili przygrywa w tle Rotterdam Terror Corps (np. taki kawałek, zwłaszcza od drugiej minuty). Coś nie gra, no nie? Analogiczny zgrzyt mógłby wystąpić gdyby ludzie chcieli spędzać imprezę sylwestrową i tańczyć do „Either / Or” Elliotta Smitha. Muzyka jest dopełnieniem sytuacji, pozwala na eskalację emocji i pobudza, np. do tańca. A że człowiek to skomplikowana konstrukcja, więc w zależności od humoru i nastroju – może łaknąć bardzo różnej muzyki.
Nie zawsze jednak potrafimy znaleźć tę muzykę, która by w idealny sposób oddawała nasz nastrój i odpowiadała w pełni na jego zapotrzebowanie. Pomysł na ten wpis naszedł na mnie jakiś czas temu, kiedy usłyszałem album „Dreams” grupy The Whitest Boy Alive. Miałem wtedy zupełnie niezidentyfikowaną potrzebę muzyczną. Chciałem by było rytmicznie i z fajnym tempem, ale też delikatnie, z oniryczną nutką. Opisuję wspomniany album, ponieważ zanim się na niego nie nadziałem, to nie wiedziałem, że właśnie czegoś takiego szukam. Wpasował się w chwilę, wstrzelił w próżnię przygotowaną dla niego. Przygotowaną, rzecz jasna, bezwiednie.

Taka muzyka staje się Twoją i energia z nią związana, jak i ładunek emocjonalny niekoniecznie będzie możliwy do odnalezienia przez drugą osobę. Nawet jeśli wtajemniczysz ją w aurę i znaczenie jakie te dźwięki mają dla Ciebie. Pamiętam moment, gdy pierwszy raz zabierałem się za odsłuch albumu „The Idiot” Iggy`ego Popa. Byłem solidnie podjarany faktem, że usłyszę album, którego w noc swojej samobójczej śmierci słuchał Ian Curtis. Cóż… O ile sama płyta jest świetna, to nie byłem w stanie poczuć emocji wokalisty Joy Division, jakie mogły mu towarzyszyć przed śmiercią. Co słyszał w tej muzyce?Jak ją odbierał? To jest jednak jego historia. Tak samo ja, jak i Wy, drodzy czytelnicy, macie na pewno wiele płyt i piosenek, które służyły Wam za farby do kolorowania różnych momentów i chwil Waszego życia.

Tworzenie soundtracków dla żywota dzieje się samoczynnie. Muzyka towarzyszy nam na co dzień i wypełnia przestrzeń, którą mamy między słowami (śliczne mi zdanie wyszło, a i kojarzy się z kultowym filmem). I te ścieżki dźwiękowe są bardzo zindywidualizowane, więc tym fajniej gdy znajdujemy muzykę (tak, wracam do meritum wpisu – niesłychane!), która idealnie koloruje naszą obecną sytuację i jest najbardziej adekwatna dla aktualnie przeżywanych scen. Muzykę, której szukamy, nawet o tym nie wiedząc.

Jakie albumy i piosenki najlepiej wpasowały się w konkretne momenty Waszego życia? Jakie są Wasze historie i soundtracki z nimi związane? Zapraszam do spowiedzi w komentarzach!