Niedawno pisałem o pierwszej części „Fire”, a za nami już druga i zarazem 1/3 siódmego sezonu Skins (teraz czekamy na „Pure” z Cassie i „Rise”, gdzie brylować będzie Cook). No i cóż można myśleć po tej części składającej się na trylogię – taką formę obrali twórcy odnośnie 7-go sezonu popularnego brytyjskiego serialu.
Co można powiedzieć na samym początku, podsumowując obie części „Fire”? To już nie są te same skinsy – klimat jest zupełnie inny, trochę mroczniejszy i pozbawiony tej młodzieńczości jaka cechowała ten serial. Sama postać Effy nie wyewoluowała aż tak bardzo jednak mimo założenia żakietu i zajęcia biurka w korpo. Romans z szefem + nieszczęsny, zakochany Dominic – to już gdzieś było. Gdzieś w skinsach zresztą… Mocnym punktem jest śmiertelnie chora Naomi i pojawia się także Emily, jej życiowa partnerka (obie znane z drugiej generacji). Pokazano tu emocje, cały wątek potrafi wzruszyć. Pomijając trochę banalną tendencję uśmiercania co najmniej jednego spośród bohaterów na dwa sezony.
Mocnym punktem jest jednak aktorstwo: Kaya Scodelario jako Effy i Lily Loveless jako Naomi tworzą wyraźne kreacje, spójne ze swoimi postaciami z poprzednich serii. Kathryn Prescott jako Emily pojawia się bardziej epizodycznie.

Co ciekawe: Twitter szumi od jęków zawodu, że nie zostało nic powiedziane odnośnie Freddiego (dawny luby Effy, zginął w czwartym sezonie) – ten wątek jest zamknięty, acz tutaj raczej odpowiedzi będzie można szukać gdy zacznie się „Rise” bo to przecież Cook rzucił się na złowieszczego doktora, który odebrał jego przyjacielowi życie. I tak się czwarty sezon zakończył, więc może ciekawość publiki zostanie jeszcze zaspokojona.

Przed nami „Pure” i losy Cassie, jednej z ulubionych postaci miłośników serialu.

Skins-Fire-Emily

Skins-Fire-Effy-Jake