Całkiem niedawno na kanale drugim TVP udało mi się załapać na film w popularnej serii „Kocham Kino”. Tym filmem był „Once” właśnie. Widziałem w swoim życiu filmów całkiem sporo i myślę też, że dosyć zróżnicowanych gatunkowo. Ten jednak ujął mnie swoją formą, na swój sposób przewrotną i taką w najbardziej klasycznych ramach rozumianą „ładnością” jakkolwiek niefortunnie i nieprofesjonalnie to może brzmieć.

Jest sobie koleś (tak, to też istotne – nie poznajemy imienia bohatera), który grywa na ulicy na gitarze popołudniami i wieczorami a za dnia pomaga ojcu naprawiać odkurzacze w rodzinnym warsztacie. Ma złamane serce i wciąż myśli o byłej dziewczynie, która mieszka w Londynie. Spotyka on któregoś wieczora młodą, bardzo otwartą dziewczynę, która jest zainteresowana jego muzyką. Sama jest czeską emigrantką i mieszka wraz z matką i córeczką w biedniejszej dzielnicy Dublina.
Para zaprzyjaźnia się. To co ich łączy to muzyka. Dziewczyna motywuje go by zebrać zespół i nagrać demo. Razem dzielą się swoimi utworami. I tu dochodzimy do sedna, czyli tego czym ten film jest faktycznie.
Glen HansardMarkéta Irglová (odtwórcy głównych ról) faktycznie są muzykami i jest to główna część ich działalności artystycznej. Film, który otrzymujemy, owszem, opowiada o relacji dwojga ludzi w ciężkiej sytuacji uczuciowej, też społecznej. Nie da się ukryć – otrzymujemy tu historię pewnej zażyłości, w zasadzie nawet miłości, ale tak naprawdę film opowiada o muzyce. I to co mnie urzekło jest tym, iż upakowano tu możliwie jak najwięcej muzyki równocześnie nie czyniąc z niego tzw. musicalu za którymi raczej średnio przepadam. Bohaterowie słuchają wzajem swoich piosenek, nagrywają w studiu albo też są one tłem dla innych scen. Film mówi muzyką. Fabuła staje się tłem i ubarwiaczem, takim jakim przeważnie bywa muzyka właśnie. Piękna zamiana ról.
Co do ciekawostek – piosenka „Falling slowly” zdobyła Oscara a filmowa para zaczęła po filmie muzyczną współpracę tworząc duet The Swell Seasons.