Edvard Munch powiedział kiedyś, że „bez śmierci i cierpienia moja sztuka byłaby jak okręt bez steru”. Kiedy artyści tego pokroju i dysponujący tego rodzaju flow, zabierają się za opisywanie na swoich płótnach seksualności i zmysłowości, to możemy spodziewać się co najmniej psychodelicznej wizji, nasączonej dużą ilością materiału dla wytrawnych psychoanalityków.

Obraz „Mężczyzna i kobieta” z pozoru wydaje się obrazem, gdzie widzimy intymną scenę dwojga kochanków, ale chwila… Mężczyzna podpiera głowę ręką zgiętą w łokciu. Układy rąk w obrazach Muncha mają niejednokrotnie spore znaczenie, przywołując chociażby słynny „Krzyk”. Idąc tym tropem widzimy, że kobieta z jednej strony podpiera się na swoich kończynach górnych (co by znów nie użyć słowa „ręka”). Z jednej strony zaprasza mężczyznę do siebie, ale z drugiej jednak jej postura wydaje się być napięta.

Edvard Munch, "Mężczyzna i kobieta", olej na płótnie, 60,2 x 100 cm

Edvard Munch, „Mężczyzna i kobieta”, olej na płótnie, 60,2 x 100 cm

Ponadto krwisto czerwona aura dookoła jej głowy zdradza typowe dla malarza obsesje. Kobieta z jednej strony zdaje się demoniczna, ale z drugiej to ona zdaje się czekać na mężczyznę, który w geście indolencji trzyma się za głowę. Jego zagubienie wzmaga ciemny cień nad jego głową, jakby myślami tworzył swoje własne brzemię. Postrzegając obraz w ten sposób, możemy dostrzec w mężczyźnie tego, który poprzez swoje własne obsesje i fobie stwarza z niewiasty demona. Możliwe, że to on jest siłą sprawczą walki, jaką jawi się w malarstwie Muncha seksualność.

U norweskiego malarza widzimy wiele naleciałości, które możemy zauważyć u Zdzisława Beksińskiego, polskiego twórcy obrazów – nazwijmy to – fatalistycznych. Lęk, samotność, doświadczenie śmierci (obaj stracili bliskich) i obsesje na jej punkcie, strach przed bliskością. Sporo czynników łączy tych dwóch twórców w tematach jakie podejmują w swojej twórczości.
Pozwoliłem sobie przyrównać luźno tych dwóch artystów, gdyż z którymś z obrazów Beksińskiego zamierzam zmierzyć się w przyszłym tygodniu. Postaram się też napisać więcej i opublikować wcześniej, co by nie musieć (zgodnie z genezą cyklu) łapać się z wpisem ledwo we wtorek.