Jakiś czas temu pisałem o tym, że zamierzam stworzyć na blogu kilka stałych cyklów, ale jeszcze nie zacząłem wprowadzać tej koncepcji w życie. Do teraz. Dzisiaj jadąc autobusem słuchałem sobie muzyki i pomyślałem, że najbanalniejszy pomysł może być najlepszy. Tak też ruszam z cyklem „Teraz słucham”, gdzie będę pisał pokrótce co u mnie ostatnio leci z głośników, czy też na słuchawkach. No i to jest pierwsza edycja.

Nie da się ukryć, że co nieco odnośnie moich zajawek przewija się przez mój facebookowy profil, jak i Kanał Muzyczny – fanpage z teledyskami, który prowadzę z kumplem. Ale to rzecz jasna nie jest wszystko. Od jakiegoś tygodnia jest kilka rzeczy, którymi szczególnie się jaram. Po kolei.

Current 93 wydali nowy album. David Tibet nie odpuszcza i otrzymujemy naprawdę wyborny, klimatyczny i do głębi przeszywający album. A wśród gości, po mistrzowsku: Nick Cave, John Zorn i Antony Hegarty. Byłem arcyciekawy tego albumu i zaspokoił mnie w zupełności. To co najlepsze w Current 93, a do tego udany wkład gości. „I Am The Last Of All The Field That Fell: A Channel” to wydawnictwo, które sprawdza się nie tylko podczas medytacji w półmroku, ale także w krakowskich środkach komunikacji miejskiej. Pozwala uciec.
Lebanon Hanover to jedno z moich dwóch ostatnich odkryć. Surowa, ale bardzo wyrazista sekcja rytmiczna na post-punkową modłę, nowofalowy chłód. Nostalgia, melancholia i apatia w głosie duetu pięknie komponuje się z muzyką, która trąci latami `80. Testowałem na znajomych i podoba się nawet tym, którzy nie siedzą w takich klimatach na co dzień.

Drugim moim odkryciem jest włoska formacja Soviet Soviet. Tu z kolei otrzymuje słuchacz ściany gitar, szybkość, ale wszystko grane ze spuszczoną głową i wzrokiem wpatrującym się w buty. Mimo, że najprościej opisać ich jako shoegaze, to sporo w tej muzyce jest także nowej fali. Tak jak w przypadku wyżej wspomnianych. To co tygrysek-autor lubi najbardziej. No może nie najbardziej, ale lubi niewątpliwie.

Od długiego czasu katuję z przerwami „The Travels” – ostatni album Molly Nilsson. O mojej szczerej sympatii do Szwedki już kiedyś pisałem. Właśnie się zacząłem zastanawiać: co jest ze mną nie tak? Wszak muzyka, mieszkającej w Berlinie Molly, jest także dosyć chłodna i surowa. Wpasowuje się więc w atmosferę ostatnio słuchanej muzyki. Jest jednak coś ulotnego i bardzo optymistycznego, co przewija się na jej ostatnim wydawnictwie. Podróże służą ludziom, jak widać. Szczególnie trasy koncertowe.

Na koniec wisienka na torcie, czyli ścieżka dźwiękowa z wybornego, jarmuschowego „Tylko kochankowie przeżyją”. O filmie pisałem tutaj, stwierdzając, że na dobrą sprawę – muzyka w tym filmie jest niemalże pełnoprawnym aktorem. Myślę, że nawet nie oglądając filmu, można się zachwycać muzyką, w której zresztą maczał też palce sam Jarmusch.

Tylu już tu chłodu było, że na koniec tylko nadmienię, że mimo tego, że do czerwca daleko, to słucham też ostatnio sporo Death In June 😉

P.S. No, to pierwszy odcinek za mną. Kości zostały rzucone.