No trochę czasu upłynęło od pierwszego wpisu w ramach tego cyklu, ale też mogę na swoje usprawiedliwienie powiedzieć, że trzon mojej playlisty przez ostatnie miesiące drastycznie się nie zmieniał. Choć z drugiej strony np. moja playlista Wyciskacze na Spotify rozbudowała się tak, że trwa już ponad 6h… Gromadzę tam smutne, nostalgiczne i jak sama nazwa wskazuje – wzruszające utwory. Przeważnie o miłości. Tak, taki już jestem. Oto i rzeczona playlista:

Różne wichury i zawieruchy w życiu osobistym sprawiły, że całkiem solidnie zanurkowałem, jak nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, w muzykę Nicka Cave`a & the Bad Seeds. Jak może co poniektórzy kojarzą, jest to mój ulubiony artysta i koi moją duszę, nie tylko w trudnych sytuacjach, ale i w życiu codziennym. Natomiast nawet wielu jego miłośników nie dotarło nigdy do bootlega „Call of the Caveman”, który zawiera odrzuty z płyty „The Boatman`s Call” i jest to zestaw wyśmienitych kawałków, które mogą się klasyfikować jako „odrzuty” tylko w przypadku tak znamienitych artystów jak Cave i jego formacja.
Czym jednak się raczę i zamierzam raczyć przez najbliższy czas? Tą kwestię można ugryźć z dwóch stron. Lato to czas słońca, energii i raczej odstawić należy wszystkie smuty, które jakże słodkie są jesienną i zimową porą – przynajmniej dla takiego lirycznego dekadenta mojego pokroju. Aby pogodzić te dwie kwestie, z pomocą przychodzą The XX, którzy z jednej strony smucą niemiłosiernie, ale też ich muzyka jest bardzo żywa i orzeźwiająca. W ostatnim czasie bardzo mnie wzięło na odświeżanie sobie ich dokonań, tym bardziej, że płytę „Coexist” ledwie musnąłem w czasie jej wydania. Sprawdzają się wyśmienicie. Zarówno wieczorową porą w domowych pieleszach, jak i „na mieście” w słuchawkach.

Nie byłbym sobą gdybym nie powiedział tutaj o płycie mojej wielkiej miłości, jaką jest Lykke Li. Dzisiaj mijają trzy tygodnie od wydania „I never learn” i niezmiennie album przewija się na uprzywilejowanym miejscu wśród rzeczy, których słucham. O samej artystce na pewno w końcu napiszę – jestem jej to winien. Jeśli chodzi natomiast o samo wydawnictwo, to jest piękną kompilacją piosenek cholernie wrażliwej dziewczyny. I nie będę ukrywać – to są smutne piosenki, ale jeśli ktoś z Was pała sympatią do szwedzkiej wokalistki, to ożywią go one i zachęcą do życia. A o to chodzi w lecie, prawda?

No ale żyjemy w czasach, gdy tempo życia narzuca nam rytm z którym warto się oswoić. Ostatnio zatem sięgnąłem po trochę klasyki, mianowicie The Chemical Brothers. Bardzo dobrze mają wyselekcjonowaną kwintesencję swojej twórczości w postaci albumu „Brotherhood”, a ten świetnie się sprawdza w roli napędzacza letnią porą. Ogólnie klasyki takiej skocznej elektroniki jak Fatboy Slim czy Faithless robią trik i pozwalają gładko podkręcić tempo życia. Oprócz tego warto sięgnąć (jako i ja czynię) po takich wykonawców jak Red Snapper, czy Xploding Plastix – nigdy nie zaszkodzi raczyć się elektroniką, która silnie opiera się na jazzie i nie stroni od połamanych brzmień.

Na koniec jeszcze wspomnieć muszę o dwóch zespołach. Pierwszy to (a jakże!) Swans, którzy wydali niedawno album „To Be Kind” z którym każdy miłośnik industrialnej, mrocznej i eksperymentalnej muzyki winien się zmierzyć. Tymbardziej, że zespół wystąpi w tym roku w Krakowie w ramach Unsound Festival.
Drugi natomiast to Spiritual Front, którego twórczość liznąłem kiedyś pobieżnie, ale teraz wsiąkłem zupełnie. Chłód, emocje, ekspresja wśród wyśmienitych melodii tworzą wyśmienity nastrój, którego nie potrafię sobie odmówić, nawet pomimo, że to muzyka bardzo na jesień (jeśli można by przypisywać takową do pór roku).
Aby zapoznać się mniej więcej z tym, czym raczę uszy, zapraszam na mój Last.fm i Spotify. A co u Was przewija się ostatnio na początku lata?